On umarł ale ja żyję… chcę żyć.

Kiedy miałem jedenaście lat, zmarł mój tata. Umarł w nocy, kiedy wszyscy spaliśmy. Rano, kiedy usłyszałem krzyk mamy chcącej obudzić tatę, podniosłem się z łóżka i zobaczyłem jego twarz, całkiem siną. Nie reagował. Krzyki usłyszał sąsiad, przybiegł i próbował robić mu masaż serca. Początkowo nie płakałem, nie krzyczałem, bo nie wierzyłem, że to prawda.

Nie wierzyłem, że nigdy nie zobaczę już taty. Po tym wydarzeniu odszedłem od Boga. Kontynuowałem niedzielne wędrówki do kościoła, ale to była sztuka dla sztuki. Szedłem, postałem przed kościołem, bo po co wchodzić do środka. Komunii nie przyjmowałem regularnie, tylko wtedy, kiedy mi się chciało. Księża i Kościół stały się tylko instytucją, o której wyrabiałem sobie zdanie w miarę dorastania. Nie było oczywiście mowy o żadnej spowiedzi. Konfesjonał mnie odpychał. Nie mieściło mi się w głowie, jak można iść i gadać z księdzem o tym, co złego zrobiłem. Że to nie podoba się Bogu? Mi też nie podobało się oglądanie śmierci mojego taty. Jesteśmy kwita.

Obojętność tak opanowała moje serce, że nic nie mogło się tam przebić. Zacząłem imprezować z chłopakami. W naszej miejscowości była słynna dyskoteka. Chodzenie na nią było jak rytuał. Życie toczyło się od soboty do soboty. Pójść, napić się, wziąć coś mocniejszego i dać upust wolności. Wszystko to trwało przez całe liceum. Potem zacząłem studiować i pracować.

Wyprowadziłem się z domu i zamieszkałem na stancji. Były kolejne imprezy i kolejni koledzy oraz koleżanki i życie pełne pozornej wolności. Jeśli chodzi o Boga, to najłagodniej mówiąc, nasze stosunki nie układały się najlepiej. Przestałem chodzić do kościoła. Kiedy patrzyłem na Kościół, ogarniała mnie złość. Stałem się, śmiało mogę to powiedzieć, jego wrogiem. Sprawy czystości przedślubnej uważałem za wyjęte ze średniowiecza. Miłość bliźniego brzmiała jak abstrakcja. Wielki Post, Adwent czy święta kościelne nie były niczym szczególnym, zwykłym dniem tygodnia. Małżeństwo traktowałem jak urojenie. Dwoje ludzi nie musi mieć głupiego papierka, żeby ze sobą być. Nie planowałem, że się ożenię. Uważałem, że jestem zbyt wolny i niezależny, żeby sobie na to pozwolić. A Bogu już dawno podziękowałem za współpracę.

W 2009 roku skończyłem studia. Już w trakcie nauki pracowałem w różnych miejscach. Trafiłem też do pracy, w której klienci mogli przychodzić, by przetestować sprzęt medyczny. I tak nadszedł 2 października. Niby dzień jak co dzień, ale zmienił moje życie. Do naszej firmy przyszła dziewczyna, tak piękna, że nie można było od niej oderwać wzroku. Dziwnym trafem to mi, a nie innemu z czterech pracowników, trafiła się okazja, by z nią porozmawiać. Przyszła i poszła, a ja w głowie ciągle miałem jej obraz. Pomyślałem, że muszę ją bliżej poznać. Przy każdej kolejnej wizycie starałem się być blisko niej. Czekałem na nią od ósmej rano do szesnastej, a czasami do siedemnastej. Kiedy wchodziła, nie mogłem od niej oderwać wzroku. Kiedy się śmiała, czułem, jakby jej śmiech wchodził we mnie i wypełniał moje serce. Ogarniało mnie uczucie, którego nie znałem. To było niesamowite. Kiedy byłem przy niej, zaczynałem się wstydzić. Zapisując jej numer telefonu, zauważyłem, że trzęsą mi się ręce.

Chodziłem, czaiłem się i wymyślałem absurdalne powody, tylko po to żeby móc z nią porozmawiać. Chciałem ją gdzieś zaprosić, ale się wstydziłem. Pisałem jakieś kartki, które w teorii miała zabrać i przeczytać, jak wyjdzie od nas z firmy. Napoleon przy mnie to mały chłopczyk bawiący się klockami. W końcu umówiłem się z nią. Poszliśmy do przytulnej knajpki. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Każda chwila spędzona z nią powodowała, że coś we mnie pękało. To niemożliwe, ale ja się zakochałem. Była cudowna, jej słowa sprawiały, że uśmiechałem się w środku. Czułem szybsze bicie serca i tę wielką radość z każdej wspólnej chwili. Odwiozłem ją do domu i uśmiechnięty jak dziecko wróciłem do siebie, czekając na to, co przyniesie następny dzień.

Chciałem się z nią spotkać kolejny raz. Wszędzie pójdę, byle tylko z nią. Wiecie, gdzie mnie zaprosiła? Do kościoła! To było ostatnie miejsce, gdzie poszedłbym jeszcze kilka tygodni wcześniej. Tym razem jednak nie miałem problemu z wejściem do środka ani z wysiedzeniem całej mszy. Pomyślałem sobie – jest religijna. Hmm… ciekawe, co to będzie. Po miesiącu znajomości zaprosiła mnie na rekolekcje. Ja, wielki przeciwnik Kościoła, mam jechać na rekolekcje? Wiecie, co powiedziałem? Oczywiście, „tak”.

Nie wierzyłem sam sobie. Chciałem być z nią, może dlatego nie zastanawiałem się nawet minuty. Stało się. Jestem na rekolekcjach. Nie opowiem wam, jaki był ich temat ani w jaki sposób przebiegały. Napiszę o tym, co działo się w moim sercu. A działo się niewiarygodnie dużo. Na początku byłem tam ze względu na nią. Nie chciałem podawać Bogu ręki na zgodę ani robić z siebie syna marnotrawnego. Między tym, co chciałem ja, a tym, co chciał Bóg, była jednak różnica. Czytałem Pismo Święte (pożyczone oczywiście, ponieważ swojego nie posiadałem), słowo po słowie, werset po wersecie, i zacząłem czuć kłucie w sercu. Jakby ktoś siedział i bawił się igłą. Kłucie zaczęło przeradzać się w ewidentne walenie głową w mur. Z każdą chwilą przebywania w ośrodku rekolekcyjnym czułem, że Bóg robi sobie ze mnie jakieś jaja.

„Czego chcesz? Nie było Cię przy mnie tyle lat, a teraz chcesz zgrywać dobrego Tatusia? Tatusia zabrałeś mi wiele lat temu”. Miliardy myśli chodziły mi po głowie: „Po co mnie tu zaprosiła?” Tyle lat było dobrze. Mijaliśmy się z Bogiem szerokim łukiem i każdemu z nas to odpowiadało. Byłem załamany. Wszystko, co sobie poukładałem: światopogląd, stosunek do Kościoła, postrzeganie Boga i całą resztę, trafił szlag. Zadawałem masę pytań i żądałem natychmiastowych odpowiedzi od Boga. A On powoli, cegiełka po cegiełce, krok po kroku, wszystko układał w mojej głowie.

Kiedy patrzę na tamten czas, to wiem już doskonale o tym, że nawrócenie nie może mieć miejsca bez zburzenia starego porządku albo raczej nieporządku. Nie można wybudować pięknego pałacu na bagnie, na którym jeden dom rozsypał się już w drobny mak. Trzeba wszystko zburzyć, zresetować, Crtl+Alt+Delete, restart systemu – i wtedy możemy rozmawiać. Właśnie w ten sposób dotknął mnie Bóg. Właśnie tą „serią przypadków”: odejście od Boga, wyjazd z domu, nowa praca, dziewczyna, nawrócenie.

Nie wierzę w przypadki. Mogłem pracować w miejscowości, w której mieszkałem, albo w innej, nie oddalonej o prawie sto kilometrów od rodzinnego domu. Trzy oferty pracy z różnych miejsc, różnych branż, a ja wybrałem tę, o której miałem najmniejsze pojęcie. Spotkałem dziewczynę, którą pokochałem. Okazało się, że jest w Szkole Nowej Ewangelizacji i blisko Boga, od którego ja byłem bardzo daleko. Wróciłem do Kościoła. Chcę w nim być i wzrastać razem z moją żoną i naszymi dwoma synkami. Przypadek? Raczej nie.

Więcej w mojej książce pt. Biblia nie gryzie.

1 thought on “On umarł ale ja żyję… chcę żyć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.