Nie być samotną wyspą

Nigdy nie byłem samotną wyspą. Nie przypominam sobie czasu, żebym nie miał wokół siebie ludzi, do których mógłbym się zwrócić. Ludzi, do których można odezwać się i porozmawiać z nimi czy to w chwili kryzysu, czy tak po prostu, bez powodu. Wspólnota jest wpisana w życie, a izolowanie się zazwyczaj nie zwiastuje nic dobrego.

Jakie byłyby losy paralityka z Ewangelii wg św. Łukasza, gdyby nie przyjaciele, których miał obok siebie? Czy trafiłby do Jezusa? Można mieć wątpliwości.
Pewnego dnia, gdy nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób go przynieść, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa (Łk 5,17-19).

Być może nie myślał nawet o tym, żeby pojawić się przed Chrystusem. Może uważał go, tak jak faryzeusze i uczeni w Piśmie, za zagrożenie dla narodu. Nie wiem. Wiem, że ludzie, których miał obok siebie, zrobili wszystko, ale to absolutnie wszystko, co było w ich mocy, żeby trafił przed Jezusa. Ostatnia deska ratunku dla człowieka, który ratunku dla siebie nie widzi.

On widząc ich wiarę rzekł: «Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy». Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić. «Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga?» Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: «Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: »Odpuszczają ci się twoje grzechy«, czy powiedzieć: »Wstań i chodź«? (Łk 5,20-23)
Ehh… spuścić zasłonę milczenia na postawę faryzeuszy trzeba. Prawo, które zawsze stoi przed człowiekiem, to absurd. Prawo ma człowiekowi służyć, a nie go gnębić. Ma mu pomagać, a nie przeszkadzać. Trudno to zrozumieć uczonym, którzy pozjadali wszystkie rozumy. Przyjaciele patrzą inaczej. Przyjaciele widzą człowieka, widzą osobę, która nie jest suchym i martwym prawem. Tak samo spojrzał na przyjaciół paralityka Jezus.

Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów» – rzekł do sparaliżowanego: «Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu!» I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga. Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: «Przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj» (Łk 5,24-26).
Z jednej strony, widzimy wiarę tych, którzy wepchnęli paralityka do pomieszczenia, z drugiej strony, hołdowanie starożytnemu prawu w wykonaniu tych najmądrzejszych. Co powiedzieliby, gdyby to ich dotknął paraliż? Czy równie mocno staliby na straży prawa?

Nie zawsze da się podnieść samemu. I nic w tym złego. To naturalne, że gdzieś mamy limity. Nie musimy być stale i we wszystkim samowystarczalni. Od zawsze ludzie gromadzili się i żyli w grupach. To z punktu ekonomicznego, społecznego, egzystencjalnego i każdego innego, jaki tylko sobie wymyślisz, wskazane i ważne. Pojedynczą gałąź łatwo złamać. Dziesięć czy dwadzieścia połączonych ze sobą gałęzi znacznie trudniej.

Wpis pochodzi z mojej książki „Boża Szkoła Determinacji” wydawnictwo eSPe