Małżeństwo… czyli potrzebna świeca

Referat duży i trudny można by napisać o małżeństwie. Już nie jeden napisano, nie jedne warsztaty wymyślono i nie jedną książkę z praktycznymi ćwiczeniami opublikowano. Dlatego nie będę dokładał kolejnej. Podzielę się z Tobą moim osobistym doświadczeniem bycia w małżeństwie. Gdy piszę te słowa, jestem świeżo po siódmej rocznicy ślubu i drugich urodzinach naszego synka. Czy to dużo nie wiem. Dla jednych pewnie dużo, dla innych pewnie nie. Na szczęście nie o długość tutaj chodzi.

W dniu ślubu, nasi przyjaciele zrobili nam prezent. Kupili świecę, którą postawili na ołtarzu. Po ceremonii podarowali nam tą świecę z krótką instrukcją obsługi. Otóż, gdy przychodzi w małżeństwie czas konfliktu, gdy każde z nas wyciąga działa i z własnych obozów prowadzimy zimną wojnę, czyli nie odzywamy się (foch), to świeca ma zażegnywać konflikty.

Jak to działa? Świeca zawsze stoi w widocznym miejscu w domu. Gdy przychodzą ciche dni i jedna ze stron zaczyna pękać ale jeszcze nie na tyle żeby odezwać się do drugiej strony, to może wtedy nic nie mówiąc, zapalić świecę. Komunikat jest wiadomy dla obydwu stron – świeca oznacza że chcę pokoju. Wtedy zarówno pierwsza, jak i druga strona konfliktu, pęka i o zgodę jest zdecydowanie łatwiej. Tak na marginesie tylko dodam, że choćby nie wiem co się działo, to małżonkowie powinni pogodzić się przed snem.

Jak już przy ślubie jestem, to dodam pewne wyjątkowe życzenia które dostaliśmy od wyjątkowych osób. Mój dziadek i babcia są ze sobą od ponad 60 lat. Przeżyli wojnę, komunizm, pochowali dwóch synów, w tym mojego tatę, w bardzo krótkim czasie, i nadal są razem. Mało tego, są razem szczęśliwi. Gdy podeszli do nas po ceremonii powiedzieli takie słowa: Jeśli znajdziecie w swoim wspólnym życiu miejsce dla Boga, to wszystko będzie dobrze. I mają rację. Gdy z żoną pilnujemy spraw innych niż materialne, to jest łatwiej. Gdy to gubmy, to jest trudniej.
Na koniec zostawiłem coś co przyprawia mnie czasami o białą gorączkę. Kochany czytelniku, kiedy dwoje ludzi staje naprzeciwko siebie w Kościele i ślubuje, miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz bycie przy drugiej osobie aż do śmierci, to ślubuje to nie księdzu, nie Bogu i nie dzieciom… ale sobie. Małżeństwo nie jest o dzieciach. Wartości małżeństwa nie mierzy się ani ilością dzieci, ani ich jakością, ani czymkolwiek co jest z nimi związane. Małżeństwo jest wartością samą w sobie.

Dzieci, jeśli pojawią się w małżeństwie, to są, a potem ich nie ma. Idą swoja drogą, zakładają własne rodziny, a wy zostajecie ze sobą. Dlatego w centrum małżeństwa nie można postawić dzieci, bo może skończyć się to zgubieniem relacji między małżonkami. Nagle gdy dzieci opuszczą dom, okaże się że stoją naprzeciw siebie dwie zupełnie nieznane sobie osoby, które wszystko oddały dla dzieci, nie zostawiając nic dla siebie.