Ryzyko zaufania

Ryzyko jest wpisane w codzienność człowieka. Choćbyśmy starali się być do cna ostrożni, choćbyśmy sprawdzali dwa razy każdy krok i analizowali każdą decyzję, to nie uciekniemy od pewnej dozy niepewności. To ryzyko dotyczy również najczulszych sfer życia, takich jak miłość i wiara.

Gdy w 2009 roku wróciłem do Kościoła, również ryzykowałem. Wydaje mi się, że każdy z nas będących w Kościele, w jakiś sposób ryzykuje. Czym? Zaufaniem …. a raczej jego utratą. Zaufałem Kościołowi, w którym pokazano mi drogę do Boga. Ściśle określoną życiem sakramentalnym i eucharystycznym. Przyjąłem ją wierząc, że ta droga jest drogą właściwą dla mnie. To tu pokazano mi Jezusa jakiego nie znałem. Kogoś kto potrafi nadać życiu sens. Czy mogę mieć matematyczną pewność co do słuszności swojej drogi? Nie muszę jej mieć. Ufam, że jest słuszna, że mój wybór był, i w dalszym ciągu jest, wyborem dobrym. Nie mają tu znaczenia afery, które z tak dużym nasileniem widzimy w ostatnim czasie w Kościele. Nie jestem tu dla księży czy biskupów. Gdyby jedynym powodem bycia w Kościele mieli być księża, już dawno nie byłoby mnie w Kościele Katolickim. Powodem dla którego tutaj jestem, jest Jezus Chrystus. Innych powodów nie potrzebuje.

Zaznałem w Kościele bardzo wiele dobra. Co oczywiście nie eliminuje złych i trudnych doświadczeń. Spotkałem wspaniałych ludzi, którzy swoim życiem dają świadectwo Ewangelii. Spotkałem też takich, którzy byli antyświadectwem. Spotkałem się z cennikami za udzielenie sakramentu, pychą i arogancją ze strony duchownych. Jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, to w Kościele działa to tak samo, jak poza nim. To nie są dwie równoległe rzeczywistości. To ten sam świat, tacy sami ludzie. Te same problemy.

Choć z zaufaniem nierozerwalnie związane jest ryzyko, to warto zaufać. Zaufanie jest jednym z największych darów jakimi można obdarować. Dlatego tak cieszy gdy jest, i tak boli, gdy go nie ma. Ja jeszcze ufam. A ty?