Biblia nie gryzie …

Życie potrafi nieraz postawić człowieka w sytuacji, której jeszcze kilka lat temu nie brał nawet pod uwagę. Tak było ze mną. Przez zdecydowaną większość swojego życia byłem poza Kościołem. Mało tego, w nic nie wierzyłem, oczywiście przede wszystkim w Boga. Liczyło się tylko tu i teraz. Dzisiaj widzę, jak puste było to moje bycie. Ulotna przyjemność, która jest jak roleta, zasunięta tylko po to, żeby do środka nie dostał się choćby promyk słońca. Skutecznie zasłoniłem sobie wiarę. Spotkało mnie jednak w życiu prawdziwe szczęście.

Wróciłem do Kościoła, chociaż tak naprawdę nigdy z niego nie wyszedłem. Nie powiedziałem przecież, że wyrzekam się wiary. Nigdy też nie wyrzekłem się Jezusa Chrystusa. Tak, miałem okres buntu, który skutecznie ściągnął mnie z autostrady wiodącej do zbawienia. Dzięki Bogu wróciłem na dobrą drogę i staram się jechać nią tak, jak potrafię. Raz lepiej, raz gorzej, czasami wlokę się prawym pasem i zastanawiam się, czy nie zjechać do rowu, bo wszystko mnie wkurza, czasami wyprzedzam na trzeciego. Nigdy tak naprawdę nie wierzyłem w Boga. Wierzyłem w system nagroda – kara, który wpajali mi mniej lub jeszcze mniej zdolni katecheci. Kazano mi wkuć do głowy mnóstwo modlitw, a tak naprawdę nigdy się nimi nie modliłem. Ja je odmawiałem. Odbębniałem je i cieszyłem się, że już mam je za sobą.

Te wszystkie święta, święcenie jajek, pasterki, różańce, koronki i adoracje. W Kościele można być fizycznie, siedzieć i lampić się na tabernakulum – i nic. Można patrzeć na moment Przemienienia w czasie Eucharystii i myśleć, że to strasznie głupie. Stoi facet ubrany w sukienkę, w rękach trzyma wafla, podnosi go i mówi: „To czyńcie na moją pamiątkę”. Przecież to są kosmiczne jaja. Można też inaczej. Wtedy patrzymy na moment Przemienienia i widzimy autentyczny cud, który dokonuje się tu i teraz. Niby to samo wydarzenie i ten sam czas, a zupełnie inny odbiór. Czyja to wina? Odbiornika. Mój Jezus Chrystus naprawił w 2009 roku. Zacząłem wtedy słyszeć to, czego do tej pory nie wychwytywałem uchem.

Żeby było jasne. Wróciłem do Kościoła nie dlatego, że objawiła mi się Maryja. Nigdy też nie stanął przede mną Chrystus w śnieżnobiałej szacie i nie dotknął mnie ręką, nogą ani czymkolwiek innym. Nie miałem też żadnych mistycznych przeżyć typu spoczynek w Duchu Świętym, wizyta na tamtym świecie, śmierć kliniczna czy proroczy sen. Spotkałem natomiast żywego Jezusa Chrystusa w słowie Bożym. Na kartach Pisma Świętego znalazłem to, czego szukałem przez całe swoje życie.

Fragment z mojej książki „Biblia nie gryzie” wydawnictwo eSPe.
https://boskieksiążki.pl/product-pol-932-BIBLIA-NIE-GRYZIE-czyli-jak-Slowo-Boze-zmienia-zycie.html