Wojna o Jezusa… bez Jezusa.

Przez „katolicką cześć internetu” przetacza się dyskusja, o godnym przyjmowaniu Komunii Świętej. Z jednej strony, to słuszne i potrzebne, gdyż podejście wierzących do najważniejszej części Eucharystii może pozostawiać wiele do życzenia. Niestety, równie wiele do życzenia pozostawia poziom debaty.

Jedni wytrwale powtarzają, że jedyną właściwą i godną formą przyjmowania jest ta do ust. Drudzy twierdzą, że właściwe są dwie formy: do ust oraz na rękę. Zarówno pierwsi, jak i drudzy powołują się na konkretne dokumenty kościelne, które potwierdzają ich racje. Nie brakuje w tej dyskusji emocji i epitetów typu „heretyk”, „oszołom”, „zdrajca wiary katolickiej”, a ostatnio przeczytałem, że jestem „sługą szatana”. Cóż, moim Panem jest Jezus Chrystus, szatanem się nie interesuje, więc argument o szatanie trochę kulą w płot. W sumie opinia na mój temat ludzi, którzy mnie nie znają, obchodzi mnie równie mocno, co zeszłoroczny śnieg.
Martwi mnie coś innego.

Marnujemy mnóstwo pary na dyskusję o problemie, który nie jest najistotniejszy. W czasie, kiedy my dyskutujemy o tym, czy do ust, czy na rękę, ponad osiemdziesiąt procent Katolików w ogóle nie przystępuje do Komunii Świętej. Spośród wszystkich zobowiązanych do udziału w niedzielnej Eucharystii, przychodzi na nią trzydzieści osiem procent. Biorąc pod uwagę „niedokładność” metody badawczej można zaryzykować stwierdzenie, że te liczby są i tak zawyżone.

Jeśli w czasie, gdy czterech z pięciu nie przystępuje do Komunii Świętej, my toczymy dyskusje na temat poprawności przyjmowania przez jednego z pięciu, to jak to o nas świadczy? Czy to słuszna droga? Mam duże wątpliwości. Dlatego zanim ponownie skoczymy sobie do gardeł, rozejrzyjmy się dookoła i zobaczmy, że jest w Kościele lwia część, która wymaga naszej uwagi. Może warto skierować teologiczną energię w tą stronę?

Na koniec krótki apel – Drogi Katoliku, zanim wyrzucisz kogoś z Kościoła, najpierw kogoś do Niego zaproś.